wtorek, 17 listopada 2009

poniedziałek, 2 listopada 2009

#15: What's The Time, Mr. Wolf?


  Brrrrrrr, jesień. Zimno, ciemno i śpiąco. Całe szczęście, że przynajmniej zima nam jeszcze odpuściła i nie sypie śniegiem po oczach. Spaaaaaaaaaaaaaać...
No ale bez przesady, nie ma opcji żebym przespał jesień. Za dobrze by było. 
Żeby rozruszać szare komórki, postanowiłem polecić pewną kapelę. A właściwie to trio. Tym razem coś mniej hardrokowego, mniej klasycznego, ale na pewno nie mniej ciekawego. Redi, stedi, goł? 

Mamy sobie więc Londyn, a w tymże wiecznie zachmurzonym mieście trójkę muzyków. Jest sobie perkusista, gitarzysta oraz egzotyczna wokalistko-basistka. Trójka forumuje kapelę, nagrywa album i zdobywa uznanie na lokalnej scenie. Rolling Stone i USA Today zauważają zespół, opisują ich jako "wybuchową i pełną emocji mieszankę bluesa, punku i soul'u". Nagrana przez nich płyta, choć oceniona całkiem wysoko, nie jest specjalnym hitem - debiutuje na 75 miejscu brytyjskiej listy płytowych przebojów. 

To było dwa lata temu. W tym roku Noisettes z wokalistką Shingai Shoniwą na czele dostało swoją niepowtarzalną szansę. Ich singiel z najnowszego albumu Wild Young Hearts trafia do reklamy Mazdy 2 i wszystko zaczyna nabierać rozpędu. Kawałek trafia na drugie miejsce listy singli w UK, płyta się sprzedaje, a zespół zyskuje rzesze fanów. Scenariusz jak z bajki. 

Jeśli ktoś przyłoży mi broń do głowy i zmusi, żebym scharakteryzował to, co grają Noisettes to chyba krzyknę "strzelaj, nie mam pojęcia". To nie jest tak, że tylko ja nie wiem - co strona i artykuł, to ktoś podaje inne gatunki. Tutaj pop, tam indie, punk, soul, rock... Zgłupieć można. 
Dwa lata przerwy między What's The Time Mr. Wolf? (bo taki tytuł nosi debiutancki album) a Wild Young Hearts namieszały wszystkim w głowie jak cholera. Płyta numero uno to jak dla mnie indie pomieszane z punkiem. Tony energii, chórki, wpadające w ucho melodie PLUS wokal Shingai, który aż drapie swoimi pazurami. Może i opis nie jest zwiastunem czegoś specjalnego, ale już jedno przesłuchanie potrafi dać sto powodów by Noisettes nieznosić oraz milion, by ich pokochać. 
Numero zwei, to jakby zwrot o 180 stopni. WYH brzmi zdecydowanie delikatniej, zrywa z punkową rozpierduchą i jest płytą z tych, które spodobają się tobie, twojej dziewczynie i twojemu psu. Więcej tu popu, klimatów soulowych i R&B też zdecydowanie przybyło. Wszystko jest przystępne, fajnie nagrane i bardzo sympatyczne dla ucha. 

Kto mnie zna, ten teraz pewnie spodziewa się, że będę wychwalał Noisettes za płytę z 2007 a wiadro pomyj wyleję im na głowę za tegoroczne dzieło. Otóż... nie. Jasne, Wild Young Hearts jest przy What's The Time... grzeczne, jak szczeniaczek owczarka walijskiego przy wilczurze-mordercy. W tym przypadku to akurat nic złego. Na całe szczęście ten maluch nie nosi białych kozaczków i różowych blezerków, a kaszkiet i piórko za uchem. To chyba jest u mnie definicją fajnego psa... ?

Celowo nie wgłębiałem się specjalnie w zawartość obu płyt. Chcę po prostu, żebyście sami wgryźli się w te albumy, chcę żebyście byli tak samo miło zaskoczeni londyńczykami jak ja, gdy usłyszałem ich pierwszy raz dwa lata temu w radiowej Trójce (tak, tak, pamiętam to dokładnie).
Oczywiście na dole, pod tekstem znajdziecie linki do kawałków z obu płyt na jutubie - od tak, na dobry początek. A potem proszę się wgryzać i wyrabiać sobie opinię. I opisywać swoje wrażenia w komentarzach. That's all, folks.


"
Skin and bone
And a baton microphone
Can't get home
But you can use my dog and bone
We'll crank that stereo
Even when the speakers blow
D-I-Y
Just meet me up in paradise..."


Noisettes - Don't Upset The Rhythm (2009)


PS1 Czas na obiecane linki-jutubinki!
Don't Give Up z płyty What's The Time Mr. Wolf
Scratch Your Name z płyty What's The Time Mr. Wolf

Never Forget You z Wild Young Hearts
Don't Upset The Rhythm z Wild Young Hearts


PS2 Nasępny post będzie się rodził (mam nadzieję) krócej niż miesiąc ;D

czwartek, 24 września 2009

#14: Communication Breakdown


Led Zeppelin wielkim zespołem jest i basta. Mam nadzieję, że nikt nie rzuci się z motyką na słońce i nie będzie próbował zaprzeczyć. Nie warto. Za historię zespołu nie będę się zabierał, bo szczerze mówiąc nie mam siły. Bo musicie wiedzieć, że LZ nie powstało tak po prostu, z powietrza. Narodziło się jako dziecko wyjątkowo zawiłej
i skomplikowanej transformacji grupy The Yardbirds...
Zaraz, zaraz. Miałem przecież darować sobie przynudzanie o korzeniach. Po co więc poruszam temat Led Zep, świadomie pomijając historię?

Po prostu chciałbym rozpropagować troszkę geniusz pierwszego krążka Planta i przyjaciół. Dzisiaj przeglądając moją winampową bibliotekę zdałem sobię sprawę, że pierwszy krążek LZ - Led Zeppelin osiągnął w tym roku zacny wiek 40 lat. A większość z was tych gigantów rocka nie kojarzy w ogóle, lub "lubi słuchać" znając tylko Stairway To Heaven. I to głównie do was będę teraz, słoneczka, pisał.

Żeby było jasne - nie mówię, że Stairway To Heaven jest niefajne. Jest po prostu na potęgę oklepane. Nosi paskudne ślady spopienia (od słowa popkultura - ot taki malutki neologizm sobie pozwolę utworzyć) takie jak Queenowskie We Will Rock You czy Smoke On The Water w wykonaniu Deep Purple. KAŻDY potrafi zanucić, część zna tytuł, niewielki procent jest w stanie skojarzyć z konkretnym wykonawcą a promil zna cały album, na którym się po raz pierwszy pojawiły. Strasznie nie cierpię takiego zjawiska i wypowiadam mu otwartą wojnę.

Ale wracając do tematu, czyli samego krążka. Mimo swoich 40 lat na karku jest w stanie skopać tyłek dowolnemu wydawnictwu dowolnej "supergrupy" obecnego stulecia. Zapoczątkował wszystko to, co uczyniło Led Zeppelin zespołem kultowym, legendą i niedoścignionym wzorem. Mamy więc przeogromną różnorodność brzmień i nastrojów - od bluesowego Your Time Is Gonna Come, które napędzane jest brzmieniem sekcji klawiszowej, przez akustyczno - folkowe Black Mountain Side, po typowo hard-rockowe Communication Breakdown i Good Times Bad Times (wydane swoją drogą w parze, jako jedyny singiel dla tego albumu - nie ma to jak kawał energii zamknięty na winylu). Mamy też pełen emocji wokal Roberta Planta, który wylewa na słuchacza emocje zawarte w tekście... Geniusz, sir Jimmy Page udowadnia, że gwiazdą rocka trzeba się urodzić. Jest też solidna sekcja rytmiczna, z uważanym za najlepszego perkusistę rockowego swojej epoki Johnem Bonhamem oraz basistą - multiinstrumentalistą J.P. Jonesem.
Miód na uszy i kropka.

Nie myślcie sobie, że to wszystko jest tylko moim wymysłem. Led Zeppelin było i jest inspiracją dla największych i najwspanialszych muzyków takich jak chociażby (najbliżej mojemu sercu) Lenny Kravitz i Slash. Miliony sprzedanych płyt również mówią same za siebie. Ten zespół otacza pewna magia, kult, które przysługują tylko największym. Społeczność fanów LZ jest zróżnicowana wiekowo, rasowo, pochodzeniowo - ogólnie wszelako. Każdy ich muzykę odbiera trochę inaczej. Co do jednego jednak każdy fan się zgodzi - solówka w Stairway To Heaven jest z a j e b i s t a.

Przesłuchajcie więc ten album, niczego nie stracicie. Nie spodoba się za pierwszym razem - odczekajcie miesiąc i spróbujcie znowu. Skoro magazyn Rolling Stone potrzebował 40 lat na docenienie tego wydawnictwa to i wy możecie nie złapać bakcyla od razu.
Tak czy inaczej warto próbować, bo... Led Zeppelin wielkim zespołem jest i basta.


"Sixteen, I fell in love with a girl as sweet as could be,

Only took a couple of days 'til she was rid of me.

She swore that she would be all mine
and love me till the end,

But when I whispered in her ear,
I lost another friend, oooh"


Led Zeppelin -
Good Times Bad Times (1969)



PS Wyjątkowo trafny tekst sobie na koniec wybrałem : )

poniedziałek, 7 września 2009

skit: Sweet love of mine...

Najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczyłem dzięki internetowi. Serio. 

piątek, 4 września 2009

#13: Wake Up


Ponad tysiąc odwiedzających, prawie miesiąc bez nowego posta. Muszę wziąć się w garść i napisać coś nowego. Zdecydowanie.

"It has to start somewhere

It has to start sometime

What better place than here

What better time than now(...)"


Jestem pewien, że ten wpis spłodziłbym wcześniej, ale przez ostatnie dwa tygodnie znów cierpiałem na brak pomysłów na tematy, brak inspiracji oraz brak ogólnej chęci do pisania. Owszem, kilka ciekawych płyt ostatnio wpadło mi w ucho, ale moje odczucia w stosunku do nich nie są do końca... jasne. Ciężko by było napisać coś sensownego na ich temat. Raz ziębią, raz grzeją. Z tej okazji dzisiaj zajmę się nie żadnym albumem, zespołem czy też wkurzającymi reklamami. Ot tak, dla odmiany.
Tom Morello znany jest mi od około pięciu czy sześciu lat. Już wtedy pod wpływem zasłyszanego w jakiejś grze (FlatOut2?) singla Man Or Animal strasznie polubiłem się z zespołem Audioslave. Pamiętam jak dziś, że byłem pod ogroooooo(...)omnym wrażeniem wszystkich dźwięków jakie można usłyszeć na ich albumach. Z jednej strony moje ucho słyszało sample, z drugiej serce mówiło, że to sample nie są. Raz wydawało mi się, że w zespole jest jeden gitarzysta, innym razem wydawało mi się, że elektryki katuje conajmniej dwóch ludzi.
Ogólna dźwiękowa magia, wyciąganie białych królików z dźwiękowego kapelusza i POTĘŻNA różnorodność dźwięków sprawiła, że drżącymi rękoma zacząłem googlować informacje o Audioslave by dowiedzieć się, kto za tym adioorgazmem stoi.
Spodziewałem się klawiszowców, DJów, ludzi z egzotycznymi instrumentami. Co znalazłem? Niepozornego chłopinę w czapce z daszkiem, który na wysokości sutków katuje osobliwie wyglądające wiosła. Do tego kilka ogólnodostępnych efektów. To wszystko. Z tego co pamiętam to szczękę zbierałem z ziemi przez kilka ładnych dni.
Sprawa z Tomem Morello jest o tyle genialna, że mimo umiejętności produkowania kosmicznych dźwięków przy pomocy swojej gitary i pedalboarda, nie robi tego cały czas. Znajduje ten złoty środek, co jest (moim zdaniem!) cechą wszystkich wybitnych gitarzystów. Wie, kiedy może zaszaleć i wyjść z gitarą na pierwszy plan. Wie też, kiedy zejść w cień na rzecz wokalu czy basu. Tak, pan Morello to jeden z tych gitarzystów dla których basista nie jest jak punkty w Whose Line Is It Anyway, a pełnoprawny członek zespołu. Efekty takiej symbiozy, kooperacji brzmią prześwietnie. Genialnie. Smakowicie. Świeżo. Mam nadzieję, że kiedy już skończycie czytać ten post to posłuchacie kawałków, które zamieszczę na końcu. Ktoś może kręcić nosem, że oceniam gitarzystę po działalności na przestrzeni 7 lat (bo tyle to działało Audioslave).
Weźcie pod uwagę, że Morello wcześniej był gitarzystą pewnej "niepozornej" rapcore'owej kapeli - Rage Against The Machine. Tam ze względu na charakter wokalu Tom był bardziej kimś na kształt DJa, niż gitarzysty. Zamiast decków i winyli oczywiście używał Arm the Homeless czy Soul Power. Niedowiarkom i powątpiewaczom polecam płytę "Rage Against Machine" z '92.

To wszystko powoduje, że Tom jest u mnie w pierwszej trójce najlepszych gitarzystów ever. Siedzi sobie tam niezagrożony. Oryginalny, wszechstronny, sympatyczny. Do tego nazywa się tak jak ja!



PS Dzięki za wszystkie tysiąc odwiedzin, mam nadzieję, że wyrobiła się już jakaś stała baza czytelnicza : )

PS 2 A teraz jak obiecałem - gitarowe szaleństwo. Behold!
Audioslave "Live In Cuba" - Show Me How To Live (niecierpliwi niech zaczną od 2:46)
Rage Against The Machine @ Woodstock - Killing In The Name (niecierpliwi - 4:01)
Rage Against The Machine @ Reading '08 - Wake Up

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

#12: Video Killed the Radio Star


  Oficjalnie ogłaszam koniec mojego blogowego urlopu. Wprawdzie kilka dni wcześniej niż zapowiadałem, ale to chyba nic złego. Prawda? W sumie, to nie piszę tej notki z poczucia obowiązku, nie mam wam też do polecenia żadnej nowej płyty. Albo nie, mam. Ale to innym razem. Teraz najzwyczajniej w świecie wyrzucę z siebię odrobinę frustracji i przemyśleń.

Telewizja. Schemat reakcji mojego organizmu na to słowo jest dość ciekawy. Kiedy mózg zrozumie, że padło właśnie to słowo-którego-nie-powinno-się-przy-mnie-używać, przed oczami na ułamek sekundy staje mi taki oto obraz - łysy, otyły facet po czterdziestce robi kupę na pudełko lodów o nazwie "Wszystko co Fajne", uśmiecha się i zaczyna śpiewać "Pokaż na co Cię Stać"

Telewizja. Moim skromnym zdaniem totalne bagno w lesie mediów, osada ludzi głupich i napalonych na pieniądze. Tak, CAŁA telewizja. Nawet TVN24 i Szkło Kontaktowe, które jeszcze do niedawna były dla mnie ostatnim bastionem normalności w TV. Ten bastion runął, gdy szanowny pan Miecugow zaczął się rozwodzić, jak bardzo niesmaczna i obraźliwa dla Polski jest reklama VW nakręcona przez prezentera TopGear, Jeremy'ego Clarksona. Nie chce mi się już na ten temat rozwodzić, bo musiałbym użyć języka, który średnio pasuje do tego bloga, który z założenia ma prezentować poziom wyższy niż "życiowe" zapiski imprezujących piętnastolatków z Warszawy.

Telewizja jest w swojej budowie podobna do samochodu. Wszystkie złe i gorsze programy, które stacja ma w ramówce to to samochód sam w sobie. Może mieć piękną linię, być genialnie szybki i świetnie się prowadzić, ale... bez paliwa nie pojedzie. Tym właśnie paliwem w telewizji są reklamy.

Wydaje mi się, że statystyczny Polak nie lubi reklam. Co przyjemnego jest w tym, że kiedy już na TVNie puszczą jakiś dobry film, to po pierwszych 10 minutach oglądania zostaniesz uraczony taką ilością spotów, że w tym czasie mógłbyś zbudować z zapałek model Titanica w skali 1;48 ? Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to nawet przydatne. Można skorzystać z toalety, zrobić sobie coś do picia, czy po prostu podrapać się po tyłku nie tracąc orientacji w akcji. Ale kiedy akurat nie musisz, ani nie chcesz nic robić podczas tej przerwy? Siedzisz więc i oglądasz te parszywe reklamy

Da się przeżyć, jeśli trafisz na blok składający się z miksu reklam fajnych i tych neutralnych. Ale nie daj boże, jeśli jedna po drugiej na ekran wskoczy Jogobella, Orange, Coca-Cola czy Pedigree. Dwie pierwsze firmy są po prostu żałosne w swoich kampaniach reklamowych. No wybaczcie, ale dojrzałe kobiety ekscytujące się zajebistością owocków zrywanych PROSTO Z KRZACZKA nie zaczęcą mnie do kupna czegokolwiek. Nawet jeśli byłby to magnes na laski. Tak samo Ania "Slamerka" (co to w ogóle znaczy?! Ania jada szlam na śniadania, robi "slam" w mordę chłopakowi czy może "slamuje" z nóg swoją głupotą?) i jej upośledzone rymy nie przekonają mnie do kupienia komórki z paskudnym, pomarańczowym logo. Dzięki, wolę być dalej okradanym przez Plusa. Coca-Cola znalała się w tym zestawieniu za grzech spotu Coke Zero z "bohaterem". I za spot z idącymi po ulicy "fajnymi ziomami". Daaaaaaamn. 

Bardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie, że pominąłem Pedigree. Jeśli się do nich (spostrzegawczych) nie zaliczasz, to może czas się wreszcie pożądnie wyspać?
Tak więc Pedigree podpadło jednym spotem. Niby tylko jedna nietrafiona reklamówka, a sprawiła, że chce mi się żygać widząc logo fimy. TAK PANOWIE Z MARKETINGU WW. FIRMY, STWORZYLIŚCIE NAJOBRZYDLIWSZĄ REKLAMĘ EVER! Gratulacje. 
Nie będę już się nawet pastwił opisując, jakie dokładnie mam odczucia widząc to "dzieło". Po prostu zobaczcie sami i się domyślcie.  

Debilizm i infantylność większości reklam boli mnie o tyle bardziej, że jest sporo dowodów na to, że reklama może faktycznie być ciekawa i przyciągać widza do telewizora. Przykłady? Plus z kabaterem Mumio, Sony... Nawet Biedronka ma świetne reklamy. Budżet pewnie 1000000 razy mniejszy od Coca-Coli a stworzyli coś 1000000 razy lepszego. 

Moje przesłanie jest takie - telewizja jest do dupy. Ulubione seriale możesz mieć na ekranie swojego komputera dzięki internetowi. Oszczędź sobie nerwów, nie marnuj czasu, zaoszczędź trochę prądu - nie oglądaj telewizji. To szkodzi.
Mam na to twarde dowody...


"Throw away your television 
Time to make this clean decision
Master waits for it's collision now
It's a repeat of a story told
It's a repeat and it's getting old(...)"



PS. Pomyślałem, że żeby nie być gołosłownym, zamieszczę linki do wspominanych przeze mnie złych reklam. Te dobre znajdźcie sobie sami : )

Orange i Ania "Slamerka" 
Coke Zero i "fajne ziomki"
Coke Zero i "bohater"
Jogobella i "owoce z kszaszczszakakaska" niestety w polskiej wersji na YT nie występuje : (

I jeszcze "Afera TopGearowa" 
Jeremy Clarkson i "Z Berlina do Warszawy..." (spójrzcie na sam opis filmiku... -_-)


czwartek, 23 lipca 2009

skit: Mad skillz

   Lipiec nie sprzyja niestety rozwojowi bazy czytelniczej mojego bloga , więc z następnym poważnym wpisem poczekam do połowy sierpnia. Nie lubię pisać "do szuflady" i nie po to ten blog założyłem. 
Tymczasem dla wszystkich, którzy są jeszcze (już?) w domach i czasem tu zaglądają, mam pewien smakowity kąsek.
Radzę nie jeść przy oglądaniu. O staniu również nie ma mowy.


No, to delektujmy się dalej wakacyjnym lenistwem. 


PS. Jeśli kiedyś bedziesz chciał znaleźć mojego bloga przez Google - wpisz "skejterskie chusty". n/c 

piątek, 10 lipca 2009

#11: Versus

  Dobra, jest już lipiec, więc pora na pożądny wpis. Nie jakieś tam skity, śmieszne opowiastki i tym podobne bullshity na wrotkach. Pora na to, po co założyłem tego bloga. Gotowi? Mam nadzieję, że tak. Bo ja w gruncie rzeczy nie jestem. 

Pora na pojedynek dwóch wskrzeszonych po latach klasyków - AC/DC (z albumem Black Ice) i Guns N' Roses (z krążkiem Chinese Democracy). Dwa wielkie zespoły, które bez wątpienia miały ogromny wpływ na rozwój mojego muzycznego "ja". Brzmi ekstra? Jasne że tak. Nie może się nie udać? Może. Serio.

Śmieszny fakt dotyczący obu płyt - ich tytuły to oksymorony. Nie rób takich wielkich oczu - jak nie wiesz co to oksymoron to po prostu spytaj wikipedii. Technicznie Chinese Democracy do końca chyba oksymoronem nie jest, ale między bogiem a prawdą - widział ktoś ułamek demokracji w Chinach? Nikt? No właśnie. 

Zacznijmy od Chinese Democracy, bo ta płyta wywołała we mnie skrajne emocje. Właściwie, to strasznie mnie zawiodła. Najzwyczajniej w świecie, moim skromnym zdaniem jest mega nieudana, przprodukowana, ma za mało chwytliwych melodii i zero dobrych tekstów. Dramat. Nigdy nie spodziewałbym się, że Axl, zatrzymując przy sobie taką markę, jaką jest  Guns N' Roses odejdzie w 8278913279813% od starej, sprawdzonej i kochanej formuły na rzecz... właściwie nie wiem czego. Nie jestem w stanie zakwalifikować tego albumu pod żadny znany mi "odłam" rocka. Tu jakieś skrzypce, tam jakieś echa... Halo, za dużo tego! Gdyby płyta kończyła się na trzech pierwszych kawałkach - Chinese Democracy, Shackler's Revenge i Better to pewnie oceniłbym ją na jakieś 6.5/10. Te trzy najlepsze utwory, jednocześnie najwolniejsze (aczkolwiek nie w 100%) od udziwnień może nie są idealne, ale da się ich słuchać. Ba powiem więcej - Better to na prawdę fajny kawałek! Reszta? Jaka reszta?

To nie jest tak, że poświęciłem tej płycie za mało czasu. Wręcz przeciwnie.To jedyny album, który przesłuchałem "po dziennikarsku" - po prostu siadłem na tyłku i przez godzinę i dziewiętaście minut nie robiąc niczego innego wsłuchiwałem się w ten twór. Nigdy takiego czegoś nie robiłem, a tutaj proszę. 

Trzeba Axlowi oddać, że mimo wieku nadal brzmi genialnie. Jego głos chyba na zawsze zostanie świeży i kropka. Nie zmienia to faktu, że wszystko zaśpiewane jest na potęgę niewyraźnie. Autentycznie, przez cały czas miałem powłączane w Operze teksty, żeby wiedzieć o co w ogóle chodzi. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby rozumieć tak mało ze słuchango kawałka. No cóż... Nowe tysiąclecie, nowe trendy?

Co do przeciwnika Chinese Democracy, Black Ice mogę od razu powiedzieć jedno - to jest dobry album. Dobry, przewidywalny krążek, zbliżony wydźwiękiem do kultowego Back In Black. Jest klasyczny do bólu - od pierwszego riffu (Rock n Roll Train - mniam!) wiesz, że słuchasz AC/DC. Wszystko brzmi jak powinno - gitary są klasycznie kąśliwe, nie slychać zanadto produkcyjnych udziwnień i wszystko zlewając się w jedną, spójną całość wlewa się w ucho sprawiając fanowi starego rocka mnóstwo radości.

Jasne, album (jak większość płyt australijczyków) cierpi na syndrom "jednego kopyta", ale zdecydowanie wolę to, niż tonę wepchniętej na siłę "nowoczesności". Co więcej AC/DC wydaje się cierpieć na zaniki pamięci. "Użyliśmy już zwrotu Rock N' Roll? W pierwszym kawałku? Niemożliwe, wrzuć to do jeszcze kilku tekstów, żeby wiedzieli, że dajemy czadu mimo wieku." Oraaaaaaajt.

Polecane utwory z Black Ice? Wszystkie. Serio, to jest na tyle dobry album, że warto go przesłuchać w całości, od początku do końca. Jeśli miałbym wybrać jakiś utwór, by zabrać go na odtwarzaczu w drodze na bezludną wyspę, to na pewno byłby to Rock N' Roll Train. Totalnie w stylu AC/DC, rytmiczny i na potęgę wpadający w ucho. Miodzio.

Żeby podsumować - GNR w XXI wieku się niestety nie odnalazło. AC/DC jak najbardziej. Głównie dzięki pozostaniu przy korzeniach, przy tym charakterysycznym brzmieniu, które uczyniło zespół kultowym i rozpoznawalnym na całym świecie. Axl, postanowił zupełnie to porzucić, co - moim zdaniem - na dobre Gunsom nie wyszlo.


FIN


PS Wat?

niedziela, 5 lipca 2009

skit: Ireland, day one

  No, to już na miejscu. Lot samolotem linii RyanAir bardziej przypominał przejażdżkę żółto-kremowo-niebieskim autobusem dla karłów, niż faktyczny lot arcydziełem współczesnej techniki. O tym, co działo się na odprawie to już nawet nie wspomnę. 

Jutro, pojutrze czy przy najbliższej okazji napiszę jakąś pełnoprawną notkę. Mam dziwne wrażenie że irolska ziemia pomoże mi przełamać writer's block i przelać trochę mądrych słów na klawiaturę. No chyba, że znajdę jakąś robotę.

Tymczasem zostawiam was z fajną nutą. Ot tak, bo jest fajna. Przekonajcie się, jak niewyraźnie można zaśpiewać i dalej stworzyć coś całkiem przyjemnego dla uszu. NIE TO CO CHINESE DEMOCRACY.


 

PS  Coś czuję, że będę musiał się przyzwyczaić do deszczu...

niedziela, 21 czerwca 2009

#10: Let love rule


   Ktoś na górze ma nieźle nasrane we łbie. Kwiecień był cieplutki, maj wręcz gorący, a pierwsze dni wakacji dają pod względem pogodowym ciała na caaaaaaaaaaa(...)aałej linii. Deszcz, deszcz i odrobinka deszczu przeplatana podmuchami zimnego wiatru to teoretycznie zwiastun beznadziejnych wakacji. Teoretycznie.

Mój początek wakacji był wyjątkowo udany w przeciwieństwie do pogody za oknem. Podjarany i gotowy na wszystko wybyłem do Krakowa na Wianki '09, dokładniej żeby usyłyszeć (i zobaczyć) na żywo Lenny'ego Kravitza. A że w oczekiwaniu na jego występ łyknąłem jeszcze trochę Wilków, Vavamuffina i naleśników z serem i wanilią, ale to już inna sprawa. 

Przed Kravitzem na scenie wił się Robert Gawliński, który mimo kłopotów technicznych już w pierwszym kawałku (umarło nagłośnienie) pokazał, że daje radę na żywo. Vavamuffin z kolei w moich uszach brzmiał jak kingstoński bełkot skopconego Badmana (GTA4). Sporo skreczy, efektów, super kontakt z publicznością i rytmiczna bujanka. Ogólnie strasznie sympatycznie.
Kolejny miał być zespół The Poise Rite - mój osobisty zwycięzca konkursu na najdebilniejszą nazwę kapeli roku. Kiedy okazało się, że to Polacy, zacząłem głowić się co zagrają. Nie dowiedziałem się. Oliver J. ogłosił, że kapela na Wianki nie dotrze bo... cośtam. To zasmuciło fanów The Poise Rite zgromadzonych nad Wisłą. Wszyscy trzej na znak żałoby ubrali na głowy czarne chusty .
Przyszła więc kolej na Patrycję Markowską, ale jako, że nasza czteroosobowa kompania nie przepada specjalnie za jej twórczością to poszliśmy w Kraków poszukując miejsca by zjeść lub zapalić sziszę. Jako, że kopcenie w Krakowie dozwolone jest od 21 roku życia, zjedliśmy i na godzinę 22 wróciliśmy nad rzekę, by po 4 godzinach od rozpoczęcia imprezy posłuchać Lenny'ego.

Pan Kravitz oczywiście nie zawiódł. W modny sposób zaczął ok. 20 minut po ustalonej godzine, ale to tylko pomogło nam zająć dogodne miejsce. Kiedy już ustawiliśmy się pod drzewem, zbici z masą obcych ludzi gapiących się razem z nami na drugą stronę Wisły, nagle błysnęły jupitery i do moich uszu zaczęła docierać muzyka. Byłem pod takim wrażeniem, że nie potrafię sobie przypomnieć, jaki kawałek był grany pierwszy. Kiedy już otrząsnąłem się z szoku, moje uszy raczone były miksem starych hiciorów Lenny'ego oraz utworów z ostatniego albumu. Najprzyjemniej wspominam moment, gdy usłyszałem riff z Always On The Run. Serce zaczęło bić szybciej a nogi same wpadły w dziwny rezonans. Dalej wcalej nie było gorzej - genialna wersja Dancin 'Til Dawn wprawdzie nie przypadła do gustu krakowskiej dresiarni, za którą stałem, ale już przy Fly Away śpiewali razem z resztą publiczności. Zresztą, miałem wtedy wrażenie, że zaraz odlecilmy z Krakowa - klimat był mistrzowski. 

Żeby sprawozdawczej formalności stało się zadość, muszę wspomnieć też o tym, jak świetnie zachowywał się sam Kravitz. Co chwila zachęcał publiczność do klaskania/skakania/śpiewania razem z nim, żartował sobie z dzielącej go od publiki Wisły i ogólnie sprawiał wrażenie osoby świetnie się bawiącej. Mnie osobiście rozbroił moment, kiedy po jednym z utworów zniknął w ciemnościach sceny tylko po to, by razem z ponownym zapaleniem świateł ukazać się publiczności z aparatem fotograficznym w ręku. "This is unbelievable" - powiedział i zrobił zdjęcie tłumowi zgromadzonemu na brzegu Wisły

Po pełnym emocji dniu wróciliśmy do użyczonego nam mieszkania, gdzie przespaliśmy się na kuchennej podłodze. Twardej podłodze. Do teraz bolą mnie plecy. Kiedy ok. 7 wsiadałem w pociąg, który miał przetransportować mój obolały zadek do Katowic miałem pewność, że z Krakowa wywiozę dwie rzeczy - przeziębienie i masę świetnych wrażeń, których nikt nie jest mi w stanie odebrać. Kto miał jechać a nie pojechał, "bo pada deszczyk" niech żałuje. Stracił kawał dobrego widowiska. 


PS OMFG ja chcę wiosło spowrotem ;<

wtorek, 16 czerwca 2009

#9: Nice boys don't play rock and roll.


   Z moich obserwacji wynika, że posiadanie idola przy jakiejkolwiek pasji, czy też ogólnie w życiu, w 90% przypadków wychodzi na dobre. Pozostałe 10% spraw idzie w złym kierunku - operacje plastyczne, ołtarzyki i inne samookaleczenia "bo Doda nie dała mi autografu" - you know what I mean. Mam nadzieję, że jeśli czytasz ten blog, to jesteś w tej 90-procentowej większości. Jesteś, prawda?

Jako początkujący gitarzysta swojego idola oczywiście mam. W gruncie rzeczy, to nie tylko idol, ale i "ojciec" mojej pasji. Zgaduję, że to jeszcze bardziej nasila mój podziw i zapatrzenie w tego człowieka. "Człowieka". Powinienem raczej napisać "Demona". Demona prędkości, precyzji, fikuśnych riffów i idealnych bendów. Piekielnie się zrobiło, co?

Saul Hudson, a właściwie Slash to już kawał starego chłopa. Mimo 44 lat na karku pozostaje takim samym kozakiem jak jeszcze 22 lata temu, kiedy razem z resztą paczki nagrywał Appetite For Destruction. Do dziś na koncertach nie rozstaje się ze swoim firmowym trio: kapelusz - papieros - oldschoolowe okulary. To wszystko do spółki z kręconymi włosami zasłania ok. 2/3 jego twarzy. To "lekko" pobudza wyobraźnię. Ciekawe, co ma w oczach grając te wszystkie genialne solówki?

Właśnie, solówki. Każdy, nawet laik, zwróci uwagę na to co Slash wyprawia z gitarą kiedy ma trochę "czasu dla siebie". Jego lewa ręka pływa po gryfie, jak poduszkowiec prześlizguje się nad podstrunnicą. Chyba żadne słowa nie oddadzą tej precyzji, szybkości i kunsztu jakie są ukryte w tych ruchach. Inną sprawą jest to, co musi dziać się w głowie tego człowieka. A właściwie w jego sercu. Przecież te wszystkie dźwięki same do kupy się nie złożą. 

Przy całym swoim geniuszu Slash pozostaje artystą wyjątkowo... skromnym. Tak, wiem, o wielu ludziach się tak mówi. Przy nim jednak czuję, że nie popełniam zbrodni dopasowania złego określenia do złego człowieka. Saul twierdzi, że cały czas się uczy. Nie odmawia współpracy z innymi artystami, co więcej sam tworzy - czy to solowo, czy też z Velvet Revolver

Możesz spytać, dlaczego akurat on. Dlaczego nie chociażby Jimmy Page (którego swoją drogą stawiam zaraz za Slashem na mojej liście najlepszych gitarzystów ever) czy Tom Morello. Nie wiem, po prostu nie wiem. Chyba najzwyczajniej w świecie zakochałem się w magii, która wydobywała się z tego ciężkiego jak sukinkot Les Paula od pierwszych dźwięków. Kiedy do tego zobaczyłem Slasha w akcji, wiedziałem, że chcę być takim kozakiem. Że też nie będę sobie nic robił z tego, że istnieje siła tarcia i grawitacji. Że wyrobię sobie swój styl, a muzyka, którą będę tworzył wypłynie prosto z mojego serca, będzie moim życiem. Jestem coraz bliżej.

"I recognized my own creative voice filtered through those six strings, but it was also something else entirely. Notes and chords have become my second language and, more often than not, that vocabulary expresses what I feel when language fails me."                                                                                

Slash


PS1 http://www.youtube.com/watch?v=KJfVar6KTZs  <-- Świetny wywiad ze Slashem, polecam obejrzeć.

PS2 Dziś uporałem się z reaktywacją mojego konta na last.fm, dzięki czemu po prawej widnieje fajny bajerek z ostatnio słuchanymi przeze mnie utworami. Wchodząc na profil możecie zobaczyć spis moich ulubionych wykonawców, albumów, kawałków i prześledzić moje muzyczne nastroje. Zapraszam!

PS3 Odkryłem, że jestem uzależniony od gitary. Jest u lutnika od wczoraj, a ja odczuwam jakąś taką... wewnętrzną pustkę. Tak, wiem. Brzmi conajmniej dziwnie.


sobota, 13 czerwca 2009

#8: Confused


  Co zmęczenie robi z człowiekiem... Sześć godzin siedzenia na egzaminie w zimnej sali konferencyjnej katowickiego Novotelu zniszczyło we mnie jakąkolwiek witalność. Całe szczęście, że chociaż wieczór spędziłem z ekipą. Gdyby nie to, na prawdę nie wiem jak silny stałby się ten typowy dla mnie stan rozmyślaniowo - zadumowy. Ot, niby niegroźna popierdółka, ale nie pogniewałbym się, gdybym mógł go ominąć. Chociaż dziś. 

"Talking 'bout a woman 
Talking 'bout a man
I just can't seem to get it together
Joining hands in hands
The clock it ticks and it tocks
But my heart is on the rocks
I'm confused, so confused (...)"

Nic nie poradzę, że jestem bezpośredni. Kiepsko radzę sobie z ludźmi, którzy nie mówią mi niczego wprost. Już takiego mnie urodzili, że białe jest dla mnie zawsze białe, a prawa ręka nigdy nie przeskoczy na lewą stronę ciała. 

Ułatwia mi to trochę życie. Jasne, wielu ludzi ma mi za złe tą (często przesadną) szczerość. Zdecydowana ich część jednak w końcu przychodzi do mnie i dziękuje za to, że mówię, co myślę. Wiesz, potem buduje się jakiś szacunek i zaufanie, świadomość, że można na mnie polegać.

Niestety, większość ludzi, z którymi się zadaje na podobną szczerość i bezpośredniość zdobyć się nie potrafi. Nawet w sprawach dla obu stron ważnych, bawią się w jakieś podchody, półsłówka i inne blitzkriegi. Tu powiedz jedno, tam zrób drugie. Raz traktuj tak, drugi inaczej. 

A mi odechciewa się zgadywać, spekulować i rozważać. Na szczęście idą wakacje. Przez te dwa miesiące mam zamiar mieć totalnie lekkie podejście do życia i ludzi. Ba, może nawet wejdę w buty moich ulubionych kombinatorów i zabawię się czyimś kosztem? Kto wie... 

PS 20 czerwiec - Lenny w Krakowie! Za darmo! It is time for a love revolution...

czwartek, 11 czerwca 2009

skit: homecoming

Photobucket

Miło wrócić do domu po trzech dniach i zastać takie cudo na środku pokoju : ) Solówka z Californication brzmi na nim nieziemsko. Nie pozostaje nic innego, jak cieszyć mordę i grać. 

PS McDonald's to zło i już. 

piątek, 5 czerwca 2009

#7: Seven Pounds


  Czy mogłbyś mi kupić trochę lata? Serio, jest początek czerwca a mój pokój, zamiast być królestwem wysokich temperatur stał się ciemną lodówką. Sytuację staram się ratować radzieckim grzejnikiem olejowym, ale hej - chyba nie o to w lecie chodzi?!

W pierwszym wpisie na tym blogu zarzekałem się, że nie opiszę swojego dnia w szkole. Trzymam się tego dalej - nie opiszę jednego dnia, a dwa kolejne. A właściwie, nie dni, tylko bardziej wrażenie, jakie wywarło na mnie wszystko to, co działo się w moim zacnym liceum. Kiedy? Ano jeszcze przedwczoraj podczas dni otwartych.

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, to mam chyba w sobie coś z psychologa. Nie, nie siedzę godzinami na kozetce studiując fachową literaturę. Po prostu czasem lubię popatrzeć na pozornie najzwyklejsze zachowania od tej drugiej strony.

Przykład? Proszę bardzo. 3 i 4 czerwca widziałem w jednym budynku kilkudziesięciu ludzi, którzy w warunkach normalnych żrą się, że aż wióry lecą. A tutaj proszę, kilku gimnazjalistów, czarna folia, śmieszne kostiumy i trochę sztucznej krwi wystarczą, by to wszystko rzucić w kąt i współpracować. Jeszcze zabawniejsza sprawa - osoby zwykle zupełnie nieaktywne w życiu szkoły na te dwa dni dostają skrzydeł od cioci kreatywności i wujka zapału - wszędzie ich pełno, mają miliardy pomysłów... Jakby tak na "bezdzień" nie można. Deserek? Ci, którzy wydają się dość poważnie na siebie obrażeni znów klachają jak gdyby nigdy nic. Ot tak, bez żadnych ceremonii i innych "wielkich słów". Po prostu.

Morał? Zróbmy na świecie jedne wielkie dni otwarte! Kleopatra (z monopolem na prawdę), Frankerstein, Drakula i przyjaciele to gwarant pokoju, końca kryzysu gospodarczego i końca głodu w Afryce. Bullshit? Skoro motywacja działa tak na trzysta osób, to czemu nie może zrobić tego samego z pięcioma miliardami?

Więcej jakoś mi do głowy nie przychodzi. Widocznie mózg mi zmarzł. Korzystając z okazji, nawołuję do trzymania za mnie kciuków jutro o 13. Z góry "szmenks".

PS1 Galeria z dni otwartych - kliknij, przejżyj.

PS2 Seven Pounds - Siedem Dusz z Willem Smithem to na prawdę genialny film. Polecam!

PS3 Niech mi ktoś przypomi, co mam na koniec z polskiego? ;]

sobota, 30 maja 2009

skit: tech

  Pogrzebałem troszkę w ustawieniach i od teraz każdy może komentować notki - bez konieczności posiadania kont na googlach i innych bzdetach. Liczę na wasz feedback!

Żeby nie było za pusto, dzielę się z wami straaaaaaaaaa(...)asznie kozackim coverem kawałka Chrisa Cornella - You Know My Name, który był theme-songiem filmu Casino Royale. Ach, stare dobre czasy, kiedy Chris jeszcze nie grzeszył z Timbalandem... 

środa, 27 maja 2009

#6: Lock the door and load my gun, this time I'm fighting back.


  Właściwie to nie będę próbował walczyć. Wakacyjna niemoc i lenistwo ogarnęły mnie ze wszystkich stron. Dramat do tego stopnia, że nie pamiętam kiedy ostatnio bez noża na gardle zrobiłem coś pożytecznego. Jeszcze tylko dwa tygodnie i koniec. "Tylko" dwa tygodnie... 

Żeby było zabawniej, rzeczy niepożyteczne też jakoś niespecjalnie palą mi się w rękach. Ponad miesiąc zacząłem drugi raz przechodzić BiA: Hell's Highway (kawał dobrej gry) - dobrnąłem do połowy i od około 2,5 tygodnia sejw leży nietknięty. Powinienem oddać wiosło do lutnika - nie chce mi się napisać maila z zapytaniem o cennik. Miałem uczyć się skal i chociaż trochę wiedzy teoretycznej liznąć, żeby moje granie nie ograniczało się na pobieraniu lekcji od jutuba - odkładam to co chwilę "na jutro". 

Nawet w kwestii poszerzania swoich muzycznych horyzontów jest ostatnio cienko. Jakoś dziwnym trafem nie mam czasu żeby obejrzeć koncert Led Zeppelin (na co mam straszną chrapkę przez genialne wykonanie Stairway To Heaven), który zalega mi na dysku od średniowiecza, nie chce mi się zapoznać bliżej z dyskografią The Who... 

W tej całej beznadziejności z pomocą przyszła mi... Agnieszka. Właściwie to Fałka, bo ta osóbka strasznie mi się dziwi, gdy zwracam się do niej po imieniu. 

Pewnego pięknego dnia zareklamowała mi współczesną kapelę. "Jakiś syf pewnie, XXI wiek wydał przecież na świat trzy fajne kapele na krzyż" - pomyślałem sobie. Obejrzałem teledysk, który Fałka podesłała mi na gg i szczerze mówiąc, nie zmiękły mi kolana. The Answer - bo tak nazywa się owy band - wydawało mi się wtedy trochę bez własnego charakteru, zbyt znajome. Do tego wokalista wygląda jak z LoTR, a gitarzysta, nie siląc się na oryginalność, gra na Les Paulu (kocham te wiosła, ale chyba trochę zbyt dużo ludzi na nich gra). 

Postanowiłem jednak zapoznać się z ich ostatnią płytą - Everyday Demons. Prawie przeszkodziło mi lenistwo, ale jednak - udało się. Dzięki temu mogę teraz powiedzieć, że chłopaki z The Answer są dla mnie chyba najprzyjemniejszą muzyczną niespodzianką ostatnich 6 miesięcy. 

Zakochałem się w wokaliście. Oczywiście, platonicznie i czysto w sferze audio. Jego wokal jest świetny, przypomina mi kogoś. Cały czas chodzi mi po głowie porównanie do śp. Bona Scotta, chociaż musiałbym obu panów dokładnie zestawić, żeby stwierdzić, czy ma to jakieś podstawy. W każdym bądź razie - wokal ma jaja. Jest urozmaicony, zadziorny i brzmi dość oldschoolowo. To nie żaden emo-screamcore ani inny horror-punk (pozdro Suchar!).

Gitarzysta, oprócz tego, że w wyborze sprzętu nie zgrzeszył oryginalnością, też odwala kawał dobrej roboty. Riffy są mięsiste i wpadające w ucho, wszystko fajnie brzmi. Jedyne, nad czym nie będę piał to solówki - jest kilka dobrych, kilka gorszych, za to wybitnie fajnej się nie dosłuchałem. Bywa. 

Album Everyday Demons cierpi na syndrom "na jedno kopyto". Wszystkie kawałki brzmią podobnie, tylko kilka z nich odchodzi od ustalonego w pierwszym na płycie "Demon Eyes" klimatu. Na prawdę szkoda, bo "Pride" czy "Why You'd Changed Your Mind" brzmią ekstra. Kawałki nawet czasem trwania są do siebie podobne - wszystkie 11 utworów ma długość średnio 4 minut, co jest dość niespotykane. Ale zaraz, nie mogę ganić za brak urozmaicenia. AC/DC też nie żonglowało stylami, a roxuje po dziś dzień. W końcu nie każda kapela to wirtuozi pokroju Led Zeppelin czy GnR, żeby umiejętnie mieszać i przeplatać brzmienia.

W skrócie - Fałka ocaliła mnie muzycznie. The Answer wskoczyło przebojem na moje plejlisty, towarzyszy mi ostatnio w drodze do szkoły. Jednak muzyka XXI wieku nie jest taka zła...

PS http://www.youtube.com/user/answertv <--- jutubowy kanał zespołu. Polecam teledysk do "On And On"!


poniedziałek, 18 maja 2009

#5: The machine is turning fifteen.


  Dzisiejszy, odrobinkę wspominkowy odcinek sponsoruje... literka M! Porozwodzę się troszkę nad jednym z rozdziałów mojej muzycznej przeszłości. Tym najbardziej normalnym. Erę Fifticentuff i innych DeGejmów dla własnego dobra pominę, a erę LinkinParko-manii poruszę, jak będę mocno pijany lub zbierze mi się na wspominanie podstawówki. Dobrze wiesz, że prędzej czy później do tego dojdzie. 

Czemu za sponsoring odpowiedzialna jest trzynasta litera alfabetu (musiałem liczyć na palcach...)? Millencolin. W mordę, ile ja mam fajnych wspomnień związanych z tą kapelą... No ale, first things first - Millencolin to nie Aerosmith czy RHCP, więc niewielu ludzi w ogóle kojarzy, co grają i kim są. Ty będziesz miał okazję troszkę się dokształcić.

Zespół powstał w '92 roku w... szwedzkim Örebro, niespełna stutysięcznym mieście, które notabene jest miastem partnerskim Łodzi. Trzech kolesi z lokalnych punkowych zespołów - Erik Ohlsson, Mathias Färm i Nikola Sarcevic założyło kapelę, która miała w założeniu grać po szwedzku muzykę inspirowaną brzmieniem NOFX czy Descendents. Po nagraniu w '93 pierwszego dema - "Goofy" chłopaki stwierdzili, że do koncertowania potrzebują dwóch gitarzystów - wtedy to Mathias został zastąpiony na garach przez Fredrika Larzona. W ten sposób ukształtował się skład zespołu, w jakim Millencolin koncertuje do dziś. 

Millencolin od początku grał coś, co przez znawców wszelakich zwane jest skate punkiem. Popularna muzyka wsród skaterów - szybka, agresywna, ale z melodyjnym wokalem, często zawierająca odniesienia do wszelakiej skejterskiej terminologii i kultury. Na papierze wygląda fajnie, ale chyba nie było osoby, która się nie skrzywiła słysząc, że słucham skate-punku. Zostańmy więc przy samym punku. Dla wygody po prostu. 

Moja pierwsza styczność z MC (oficjalny skrót nazwy zespołu, używany chociażby w logosach) miała miejsce przy grze w Tony Hawk's Pro Skater 2 na PSX. Piękne czasy. Strasznie fajnie kleiło się grindy, heelflipy, one-foot-japany i inne melony na poczciwym szaraku. Tłem dla tych akrobacji był kawałek "No Cigar" z płyty "Pennybridge Pioneers". Wtedy wydawał mi się tylko fajny, ale po około dwóch latach zmiótł mnie z powierzchni ziemi. Dzięki temu jednemu utworowi postanowiłem pochłonąć całą dyskografię MC. A jest co pochłaniać. 

(UWAGA! Teraz wezmę pod uwagę tylko albumy studyjne i dwa pierwsze dema - nie chce mi się pieprzyć z opisywaniem czternastu singli, które nie zawierają jakiegoś specjalnie ciekawego materiału niepublikowanego na LPkach.)

Dyskografia MC to ciekawa opowieść o dojrzewaniu. Dla jednych ma szczęśliwe zakończenie - dla innych nie. Ja jestem chyba gdzieś po środku. 

Właśnie słucham pierwszego dema - "Goofy" z '92. Szczerze mówiąc, uszy mi krwawią. Straszna kupa. Nikola drze się jak nawiedzony, gitara jest dziwnie nagrana... Mimo to jednak, słyszę "nutkę" nadziei! "Flipping Beans" każe nie spisywać kapeli na straty. Fajny, grany na basie, motyw i lekko reggae'owo brzmiąca (w zwrotce) gitara, oraz PRZEDE WSZYSTKIM znośny wokal. Poszukajcie na jakiejś wrzucie czy innym jutubie - nie ma rewelki, ale tragedia też to nie jest. 

Drugie demo, już z dwoma gitarzystami - "Melack", '93. Poziom podobny, aczkolwiek wokal się poprawia, a i dwie gitary brzmią dużo lepiej niż jedna. 

W '94 MC narobił sobie trochę kłopotów. Wydając swój pierwszy studyjny album -"Tiny Tunes", kapela nadepnęła na odcisk filmowemu gigantowi - Warner Bros. Fakt - tytuł płyty i jej okładka to widoczne nawiązanie do "Looney Tunes", ale amerykański gigant mógł odpuścić świeżakom ze Szwecji. Nie odpuścił. Pozew poszedł do sądu i wydawca -Burning Heart ściągnął płytę z półek, by wydać ją pod innym tytułem oraz z inną okładką w '98.

Muzycznie 12 utworów z "Tiny Tunes" to na prawdę solidny kawał fajnej muzyki. Od szybkiego "Mr. Clean" (który to jest grany na każdym chyba koncercie MC, publika zawsze śpiewa refren), przez kawałek o nietańczących bedbojach - "Dance Craze" (mój hymn w czasie, kiedy jeszcze obchodziło mnie to, co myślą inni ludzie jak widzą mnie wywijającego na parkiecie), po "Da Strike" - fajną nutę o kręglach. Odrobina trąbki, zabawny tekst i fajowe chórki - dla mnie miodzio. Ogólnie "Tiny Tunes" to na prawdę fajne wydawnictwo. Jeśli chcesz się wkręcić w klimat, to to będzie dobry początek. 

Rok później na rynku pojawiło się "Life On A Plate". 50,000 sprzedanych egzemplarzy, tytuł "Okładki Roku" w Szwecji i dwa single - dobra płyta. Przede wszystkim słychać ewolucję wokalu - podczas, gdy jeszcze rok temu możnaby się go czepiać, to na "Życiu na Talerzu" jest już okejowo. Czternaście strasznie pozytywnych kawałków, które porywają do skakania i robienia głupot, zawsze zostawia uśmieszek na mojej facjacie. Na prawdę warto posłuchać "Move Your Car" i "Story Of My Life" (fajowe teledyski) czy chociażby "Bullion"

Potem na prawdę dobre "For Monkeys" z '97, które było idealnym pretekstem do rozpoczęcia światowego tournee (polecam "Twenty-Two" i "Lights Out" - pycha!) i przydługawe "Melancholy Collection", które raczej nic ciekawego sobą nie wniosło. 

Rok 2000 to według większości fanów MC najlepszy dla zespołu. Wydanie "Pennbridge Pioneers" ("Pennybridge" to tłumaczenie nazwy rodzinnego miasta na angielski) przyniosło chłopakom złotą płytę w Australii, featuring w grach THPS2 czy  Jeremy McGrath Supercross World oraz na albumie "Music from and Inspired by Tony Hawk's Pro Skater 3". Ogólnie zespół stał się bardziej rozpoznawalny, rozwijał swój fan support, ale przede wszystkim grał świetną muzykę. Płyta trwająca tylko 37 minut niesie ze sobą dużo energii i wpadających w ucho melodii. Kultowe już dla fanów zespołu "No Cigar" opowiadające o braku akceptacji, "Penguins & Polarbears" o toksycznych relacjach w związku, czy chociażby opowiadający o zakupomanii "Material Boy" to kanon brzmienia Millencolin. Sam przy tej płycie spędziłem na prawdę fajne chwile, słuchając jej mając gorszy czy lepszy nastrój zawsze wychodziłem na prostą lub wzbijałem się pełen energii w powietrze.

Od wydanego w 2002 albumu "Home From Home" według wielu fanbojów MC zaczął tracić klimat. Jęczenie, że to już nie to samo co kiedyś strasznie mnie denerwowało - chociaż brzmienie było faktycznie diametralnie inne (dojrzalsze takie, nie wiem jak to określić), a ze "skate-punku" został tylko "punk", to i tak było słuchać ducha Örebro (szczególnie w "Punk Rock Rebel" czy "Home From Home"). Ja tam nie narzekałem - nadal ta płyta jest moją ulubioną w całej dyskografii zespołu. 

W 2005 światło dzienne ujrzało "Kingwood", które według fanów jeszcze bardziej odchodziło od brzmienia MC znanego z lat '94-'00. Nie da się ukryć, Millencolin na tym albumie brzmi bardziej rockowo, teksty są dojrzalsze i bardziej życiowe... Mi tam płyta spasowała. Swego czasu nawet bardzo zakochany byłem w "Shut You Out" z bardzo fajnym, stylizowanym na Sin City teledyskiem. Po cichu miałem nadzieję, że jeśli brzmienie MC ma się zmieniać, to pójdzie we właśnie tą stronę. Myliłem się. 

Następnym albumem MC obdarował fanów rok temu. Po drodze, w 2007 Mathias zrobił skok w bok ze średnio udanym projektem "Franky Lee" i albumem "Cutting Edge" (fajna okładka, kiepski wokal tak w wielkim skrócie), co trochę przedłużyło nagrywkę do nowego albumu MC - Machine 15. Tak, Millencolin w 2008 roku obchodził piętnaste urodziny. Z tej okazji na swoim www chłopcy zamieścili nowy singiel - "Brand New Game", którym praktycznie odcinali się od wcześniejszej twórczości. Osobiście byłem w szoku. Nie rozumiałem po prostu jak można postawić kreskę między sobą, a tak udaną przeszłością. To tak, jakby Sting utrzymywał, że nigdy nie śpiewał z Police. Jaaaaaaaasne. 

Drugi single dał mi trochę nadziei. "Detox" to zwykła, wpadająca w ucho popierdółka z całkiem fajnym tekstem - dokładnie to, czego oczekiwałem od MC na piętnastą rocznicę rockowania. 

Niestety, sam album mocno mnie (i nie tylko) zawiódł. Ogólne brzmienie płyty to mimry z mamrami. Takie MxPx, Simple Plan czy inny Green Day (choć do GD tu akurat najdalej) podane z łagodnym sosem. Strasznie delikatny wokal, niewiele wwiercających się w pamięć tekstów (a właściwie to tylko dwa) i jeszcze mniej kopiących w ucho melodii...

Żaden mąż nie oczekuje na 15 rocznicę, że zdradzi go żona. Ja jako fan MC nie oczekiwałem tak znaczącej zdrady dobrze sprawdzonej formuły. Jak mawiają amerykanie - "If it ain't broken - don't fix it!". Widocznie Szwedzi tego przysłowia nie słyszeli. 

Dlatego właśnie u mnie, opowieść pt. Millencolin nie zostawia jakiegoś wielkiego niesmaku. W końcu sześć albumów zjadłem ze smakiem, oczekując regularnych dokładek... Niestety siódma obiła mi się dość nieprzyjemnie - strasznie krzywię mordę wsłuchując się w te wszystkie skrzypcowo-dzwoneczkowe dziwactwa "Machine 15"

Przychodzi tylko czekać, w którym kierunku "Maszyna" ruszy po release'ie z 2008. Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają... Dlaczego "Millencolin" miałby się nie zmienić?

PS  http://www.youtube.com/user/ruttnaroger   <- kanał z twórczością MC, polecam zapoznanie się

PS 2  Wybaczcie literówki, jeśli są - jest późno a jam zmęczonym ; o

piątek, 15 maja 2009

#4: High Voltage



  Piątek. Koniec tygodnia mniej lub bardziej przez wszystkich wyczekiwany. Wiecie - domówki, dyskoteki, filmy na TVNie i takie tam. 

Piątek. Jak dla mnie pechowy dzień. Już któryś raz z kolei mój magiczny odtwarzacz muzyki postanowił wyzionąć ducha na początku mojej drogi do szkoły. Nie wczoraj, nie w środę, tylko akurat dziś. W piątek. Dzięki temu z wędrówki przez miasto pamiętam tylko końcówkę "Always On The Run" Lenny'ego Kravitza i krótki, wysoki dźwięk, równoznaczny z brakiem jakiegokolwiek zasilania w "empetrójce". Wzdrygnąłem się, jak po kieliszku Złotego Kłosa i polazłem dalej. 

Myślisz sobie pewnie, że jestem dziwny. Żadną tragiedią przecież nie jest przejście przez miasto bez muzyki łechtającej uszy... A już na pewno nie jest to zdarzenie tak ważne, żeby opisywać je na blogu.

Grubo się mylisz. 

Zabierz narkomanowi heroinę - sfiksuje. Zabierz alkoholikowi wódkę - będzie widział białe myszki. Zabierz palaczowi papierosy - przytyje. Zabierz mi muzykę - uschnę. 

Chcę Ci po prostu powiedzieć, że tak w sumie to jestem uzależniony od muzyki. Pochłaniam ją chętnie zawsze i wszędzie, w różnych ilościach i smakach. Ciężko choruję jak muszę siedzieć w ciszy. 

A dzisiaj w (względnej) ciszy musiałem przejść do centrum. Świat od razu zrobił się brzydszy i bardziej beznadziejny. Dziwnym trafem akurat dziś, pierwszy raz od dwóch tygodni, zwróciłem uwagę na rozpadające się kamienice na Katowickiej. Na ochroniarza bez jakiejkolwiek broni pod sądem, na pijaną żulerkę na ławeczkach na pl. Sikorskiego. Dramat.

Wystarczą dwa miniaturowe głośniczki w uszach i już zwracam uwagę tylko na to, że jest ciepło, a po ulicy jeździ coraz więcej kursantów z niebieskim "L" na dachu. Nie zastanawiam się, kto uwali mnie w szkole, tylko jak spędzę czas po lekcjach. Nie myślę o tym, jakie absurdy mijam. Znikam w swoim świecie. 

Ale do tego potrzebne są baterie AAA.


PS Compare the meerkat!

 

środa, 13 maja 2009

skit: niebiesko mi?

She's got eyes of the bluest skies
As if they thought of rain
I hate to look into those eyes
And see an ounce of pain (...)

  Na lewo nowość, na prawo dotychczasowe wiosło. Jak widać, moją muzyczną edukację nadzoruje dr Epiphone. Ogólnie ciekawy myk - od dzieciństwa uwielbiam niebieski. Kocham niebieskie oczy pięknych kobiet, niebieskie sportowe "japońce" i niebieski atrament mojego pióra. Od dzisiaj kocham też mojego niebieskiego demona. 

"Now go my son and rock!"

Ps. Masa perłowa to strasznie ładna rzecz w połączeniu z dobrym drewnem. 

poniedziałek, 11 maja 2009

#3: Alive With Love And Glory



  Szkoda, że nie widzisz mojej miny. Pewnie gdyby ktoś zrobiłby mi teraz zdjęcie, to bez problemu można by zrobić ze mnie jakiś demotywator, czy innego loltomka. Zdziwienie. Myślisz, że coś znasz, a jednak odkrywasz coś nowego. Bywa w życiu, prawda? No dobra, a co powiesz na to, że mnie przed chwilą totalnie zaskoczyła piosenka, którą od około dwóch lat mam na dysku? 

Niewiele miałem takich przypadków w swojej "muzycznej karierze". Właściwie to pamiętam tylko jeden - ktoś (dawno temu) podesłał mi "Stairway to Heaven" puszczone od tyłu i strasznie jarał się, że dzięki temu zabiegowi odkryto pean pochwalny na cześć szatana. Nie czułem się w jakikolwiek sposób mniej spostrzegawczy przez to, że nie odsłuchałem tego klasyka od tyłu, czekając aż szumy i jęki ułożą się w słowo "satan". Ale dziś to mi autentycznie głupio. 

Dzisiejsza notka miała być o "Sweet Child o' Mine". Niestety wszystkie czynniki, które mogły mi przeszkodzić, postanowiły wpaść na piwko do mojej głowy akurat dzisiaj, i najzwyczajniej w świecie nie wyszło. 

Pomyślałem sobie zatem, że skoro plan ambitny jest dziś niemożliwy do zrealizowania, to warto chociaż (dla rozgrzania mózgu) zarzucić czymś lżejszym. 

Wybrałem sobie kawałek zespołu Say Anything - Alive With The Glory Of Love. Jako, że nuta fajna, tekst ciekawy i ostatnio słucham tego często, miało pójść szybko i bez niespodzianek. 

When I watch you, I wanna do you right where you're standing
Right on the foyer, on this dark day, right in plain view
Of the whole ghetto. The boots stomp meadows, but we ignore that
You're lovely, baby. This war is crazy. I won't let you down (...)

Zaczyna się megafajnie. W końcu nie zawsze w pierwszym wersie piosenki (jak ja nie lubię tego słowa) słyszysz "chcę Cię zaliczyć dokładnie tam, gdzie stoisz". Pierwsze skojarzenie? Śpiewka o szczeniackiej miłości. Jednak coś tu nie pasuje... "Chiałbym Cię zaliczyć dokładnie tam, gdzie stoisz, (...) na oczach całego getta." Getta?!

No i tutaj już wiesz o co mi chodzi. Z jednej strony gitarka pitu-pitu, z drugiej strony wokal tara-rara, aż tu nagle słyszysz, że ten kawałek nie jest taki do końca zwyczajny. No ale jedziemy dalej. 

And when our city, vast and shitty, falls to the axis
They'll search the buildings, collect gold fillings, wallets and rings
But Ms. Black Eyeliner, you'd look finer with each day in hiding
Beneath the wormwood, oooh, love me so good.
They won't hear us screw away the day. I'll make you say (...)

Po tej zwrotce masz już pewność, że tutaj jednak chodzi o coś więcej niż miłość nastolatków. Wyłania się dość ciekawa historia o chowaniu się przed nazistami i seksie w ruinach. Ciekawy miks, prawda?

Teraz pewnie myślisz sobie, że to po prostu kawałek o drugowojennych nastolatkach, którzy spieprzają po ruinach przed niemcami. Niby nic dziwnego, gdyby napisał to jakiś europejski band, ale Say Anything są z Los Angeles. Amerykanie z podstawową wiedzą historyczną? Niesamowite!Pamiętacie getto w pierwszej zwrotce? No właśnie... 

Our Treblinka is alive with the glory of love!
Treblinka, alive, with the glory of love, yeah! (...)

Tutaj moja szczęka spada na kolana i zaczyna tańczyć kankana. Nie ukrywam, angielski znam dobrze, cała piosenka zaśpiewana jest fajnie i wyraźnie, ale... Treblinki to ja tam nie słyszałem. No za cholerę. Od dwóch lat co jakiś czas mam fazę na ten kawałek, a dopiero teraz zauważam ten łączący wszystko w całość szczegół. Kozio. 

Should they catch us and dispatch us to those separate work camps,
I'll dream about you. I will not doubt you with the passing of time
Should they kill me, your love will fill me, as warm as the bullets
I'll know my purpose. This war was worth this. I won't let you down (...)

Od seksu na ulicy getta, przez chowanie się w ruinach do rozdzielenia i śmierci przez rozstrzelanie. Teraz chyba widzisz, że gdybyś słuchał tego utworu jako kolejnego "grania do sprzątania", sporo byś stracił. Ja przegapiłem tylko tą Treblinkę, ale jej odkrycie dodało spójności całemu kawałkowi. Ciekawe, że człowiek zauważa najciekawsze rzeczy przez przypadek... 

PS Oczywiście zapraszam do zapoznania się z kawałkiem (jest oficjalne video na Youtube) i zostawiania po sobie komentarzy. Wszelka polemika mile widziana. 

PS#2 ZAMÓWIŁEM SOBIE NOWĄ GITARĘ HAHAHA. No.




piątek, 8 maja 2009

#2: 1987


          Chyba każdy z nas miewa takie dni, że chciałby z życia wyrzucić nieudany poranek, kiepski tydzień, miesiąc porażek czy rok totalnego nieróbstwa i drunych decyzji. Jeśli macie takie wtyki, by wymazać je permanentnie i dla całego świata to proszę bardzo-nie krępujcie się. Wara tylko od roku 1987. Czemu? Już wyjaśniam. 

Gdyby nie '87 ,nie byłbym chyba (muzycznie) tym, kim teraz jestem. Jedno niepozorne wydawnictwo sprzed 22 lat zmieniło diametralnie mój pogląd na wokal i gitarowy geniusz. 

21 lipca 1987 roku zespół Guns 'n' Roses wydał swój pierwszy studyjny album - Appetite for Destruction. 

Od razu mówię, że nie przesadzam. Chyba jeszcze w życiu nie słyszałem płyty, która przez całe swoje 50-kilka minut muzycznej długości jest tak... genialna? Mogę to wręcz przedstawić w odrobinę "fizyczny" sposób - specjalnie dla moich ukochanych ścisłowców.

G(enialność)=const. 

Już pierwsze 30 sekund tego albumu mówi Ci : "ZJEM TWOJĄ DUSZĘ". Bo przecież (parafrazując lekko A. Hitchcocka): "Album powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć".

Welcome to the jungle                                                  
We've got fun 'n' games                                              
We got everything you want                                            
Honey, we know the names (...)

To się nazywa pewność siebie. Bo w końcu co chłopaki będą owijać w bawełnę i zapraszać słuchaczy na bajeczkę, skoro mogą puścić zadziornie oko i otworzyć drzwi białej limuzyny, która jedzie w kurs dookoła genialnego brzmienia i świetnych tekstów, dorzucając hektolitry alkoholu i półnagie fanki gratis? Nie zastanawiaj się i wskakuj do środka. Troche szaleństwa nie zabija... od razu. 

Jeśli jeszcze nie jesteś przekonany, że Axl, Slash, Izzy, Duff i Steven to nie są grzeczni chłopcy z Wisteria Lane, wszystkie wątpliości stracisz już definitywnie jakieś pięć i pół minuty później. Wtedy Axl, głosem zupełnie innym niż w "Welcome to the Jungle", rozpoczyna drugą zwrotkę "It's So Easy".

Cars are crashin' every night
I drink n' drive
everything's in sight
I make the fire
But I miss the firefight
I hit the bull's eye every night (...)

Wtedy właśnie za szybą limuzyny eksploduje ciężarówka pełna używek, samochód zatrzymuje się a "Gunsi" wyskakują na ulicę i zaczynają skakać po płonącym wraku. No nie rób takiej miny, mam bujną wyobraźnię!

Dalej jest tylko ciekawiej. Z limuzyny przesiadasz się na nocny pociąg rozpusty ,na którym stwierdzasz, że ktoś chce Cię dopaść. Potem przeżywasz krótki romans z heroiną, trafiasz do Paradise City ,gdzie spotykasz się z Michelle ,która niekoniecznie radzi sobie w życiu. Dalej chwila na wspominki o ex-dziewczynie i dalej w drogę by spotkać...

Piękne niebieskookie dziewczę. Woah, muszę się tu zatrzymać. Utwór numer 9, to moja morfina. To moja odrobina nieba w tej szarej rzeczywistości, to mój niedościgniony wzór gitarowego wirtuozerstwa i wokalnego ideału. To "Sweet Child 'o' Mine". Dzisiaj odpuszczę rozwodzenie się nad wszystkimi elementami czyniącymi ten utwór moim ukochanym kawałkiem wszechczasów, ale uwierz - już niedługo postaram się i Ciebie zarazić miłością do tego klasyka. 

Kiedy już ochłoniesz po szoku związanym z tym spotkaniem, "Gunsi" przypomną Ci, że niestety kobiety często w dupie mają uczucia i potrzebują tylko zabawy. No a skoro się bawić, to tylko w szalony sposób... 

Panties 'round your knees
With your ass in debris
Doing that grind with a push and squeeze
Tied up, tied down, up against the wall
Be my rubber made baby
And you can do it all (...)

Ostatni przystanek tej podróży, to Rocket Queen. Myśli, że jesteś dzieciakiem. Jaaaaaasne. W gruncie rzeczy to Ty masz nad nią władzę. W końcu twój język jest ostry jak wojskowa sprężynówka a i nie boisz się manipulować ludźmi... 

Kiedy wysiadasz pod domem, wypijasz ostatnią szklankę whisky i żegnasz sie z tymi świrami, ciągle chcesz więcej. Co z tego, że kilkanaście razy złamałeś prawo i otarłeś się o śmierć. W twoich żyłach płynie już Rock, a tego nie wyleczysz. Witaj w dżungli, przyjacielu. 

Ps. *Ciastko* dla Hansa, bo wiedział, czemu adres bloga jest taki, a nie inny : )