
PS Raff out Raud
Bo rock to coś więcej niż kilku kolesi i gitary.

Mamy sobie więc Londyn, a w tymże wiecznie zachmurzonym mieście trójkę muzyków. Jest sobie perkusista, gitarzysta oraz egzotyczna wokalistko-basistka. Trójka forumuje kapelę, nagrywa album i zdobywa uznanie na lokalnej scenie. Rolling Stone i USA Today zauważają zespół, opisują ich jako "wybuchową i pełną emocji mieszankę bluesa, punku i soul'u". Nagrana przez nich płyta, choć oceniona całkiem wysoko, nie jest specjalnym hitem - debiutuje na 75 miejscu brytyjskiej listy płytowych przebojów.
To było dwa lata temu. W tym roku Noisettes z wokalistką Shingai Shoniwą na czele dostało swoją niepowtarzalną szansę. Ich singiel z najnowszego albumu Wild Young Hearts trafia do reklamy Mazdy 2 i wszystko zaczyna nabierać rozpędu. Kawałek trafia na drugie miejsce listy singli w UK, płyta się sprzedaje, a zespół zyskuje rzesze fanów. Scenariusz jak z bajki.
Jeśli ktoś przyłoży mi broń do głowy i zmusi, żebym scharakteryzował to, co grają Noisettes to chyba krzyknę "strzelaj, nie mam pojęcia". To nie jest tak, że tylko ja nie wiem - co strona i artykuł, to ktoś podaje inne gatunki. Tutaj pop, tam indie, punk, soul, rock... Zgłupieć można.
Dwa lata przerwy między What's The Time Mr. Wolf? (bo taki tytuł nosi debiutancki album) a Wild Young Hearts namieszały wszystkim w głowie jak cholera. Płyta numero uno to jak dla mnie indie pomieszane z punkiem. Tony energii, chórki, wpadające w ucho melodie PLUS wokal Shingai, który aż drapie swoimi pazurami. Może i opis nie jest zwiastunem czegoś specjalnego, ale już jedno przesłuchanie potrafi dać sto powodów by Noisettes nieznosić oraz milion, by ich pokochać.
Numero zwei, to jakby zwrot o 180 stopni. WYH brzmi zdecydowanie delikatniej, zrywa z punkową rozpierduchą i jest płytą z tych, które spodobają się tobie, twojej dziewczynie i twojemu psu. Więcej tu popu, klimatów soulowych i R&B też zdecydowanie przybyło. Wszystko jest przystępne, fajnie nagrane i bardzo sympatyczne dla ucha.
Kto mnie zna, ten teraz pewnie spodziewa się, że będę wychwalał Noisettes za płytę z 2007 a wiadro pomyj wyleję im na głowę za tegoroczne dzieło. Otóż... nie. Jasne, Wild Young Hearts jest przy What's The Time... grzeczne, jak szczeniaczek owczarka walijskiego przy wilczurze-mordercy. W tym przypadku to akurat nic złego. Na całe szczęście ten maluch nie nosi białych kozaczków i różowych blezerków, a kaszkiet i piórko za uchem. To chyba jest u mnie definicją fajnego psa... ?
Celowo nie wgłębiałem się specjalnie w zawartość obu płyt. Chcę po prostu, żebyście sami wgryźli się w te albumy, chcę żebyście byli tak samo miło zaskoczeni londyńczykami jak ja, gdy usłyszałem ich pierwszy raz dwa lata temu w radiowej Trójce (tak, tak, pamiętam to dokładnie).
Oczywiście na dole, pod tekstem znajdziecie linki do kawałków z obu płyt na jutubie - od tak, na dobry początek. A potem proszę się wgryzać i wyrabiać sobie opinię. I opisywać swoje wrażenia w komentarzach. That's all, folks.
"Skin and bone
And a baton microphone
Can't get home
But you can use my dog and bone
We'll crank that stereo
Even when the speakers blow
D-I-Y
Just meet me up in paradise..."
Noisettes - Don't Upset The Rhythm (2009)
PS1 Czas na obiecane linki-jutubinki!
Don't Give Up z płyty What's The Time Mr. Wolf
Scratch Your Name z płyty What's The Time Mr. Wolf
Never Forget You z Wild Young Hearts
Don't Upset The Rhythm z Wild Young Hearts
PS2 Nasępny post będzie się rodził (mam nadzieję) krócej niż miesiąc ;D

Najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczyłem dzięki internetowi. Serio.

PS Dzięki za wszystkie tysiąc odwiedzin, mam nadzieję, że wyrobiła się już jakaś stała baza czytelnicza : )
PS 2 A teraz jak obiecałem - gitarowe szaleństwo. Behold!
Audioslave "Live In Cuba" - Show Me How To Live (niecierpliwi niech zaczną od 2:46)
Rage Against The Machine @ Woodstock - Killing In The Name (niecierpliwi - 4:01)
Rage Against The Machine @ Reading '08 - Wake Up

Oficjalnie ogłaszam koniec mojego blogowego urlopu. Wprawdzie kilka dni wcześniej niż zapowiadałem, ale to chyba nic złego. Prawda? W sumie, to nie piszę tej notki z poczucia obowiązku, nie mam wam też do polecenia żadnej nowej płyty. Albo nie, mam. Ale to innym razem. Teraz najzwyczajniej w świecie wyrzucę z siebię odrobinę frustracji i przemyśleń.
Telewizja. Schemat reakcji mojego organizmu na to słowo jest dość ciekawy. Kiedy mózg zrozumie, że padło właśnie to słowo-którego-nie-powinno-się-przy-mnie-używać, przed oczami na ułamek sekundy staje mi taki oto obraz - łysy, otyły facet po czterdziestce robi kupę na pudełko lodów o nazwie "Wszystko co Fajne", uśmiecha się i zaczyna śpiewać "Pokaż na co Cię Stać".
Telewizja. Moim skromnym zdaniem totalne bagno w lesie mediów, osada ludzi głupich i napalonych na pieniądze. Tak, CAŁA telewizja. Nawet TVN24 i Szkło Kontaktowe, które jeszcze do niedawna były dla mnie ostatnim bastionem normalności w TV. Ten bastion runął, gdy szanowny pan Miecugow zaczął się rozwodzić, jak bardzo niesmaczna i obraźliwa dla Polski jest reklama VW nakręcona przez prezentera TopGear, Jeremy'ego Clarksona. Nie chce mi się już na ten temat rozwodzić, bo musiałbym użyć języka, który średnio pasuje do tego bloga, który z założenia ma prezentować poziom wyższy niż "życiowe" zapiski imprezujących piętnastolatków z Warszawy.
Telewizja jest w swojej budowie podobna do samochodu. Wszystkie złe i gorsze programy, które stacja ma w ramówce to to samochód sam w sobie. Może mieć piękną linię, być genialnie szybki i świetnie się prowadzić, ale... bez paliwa nie pojedzie. Tym właśnie paliwem w telewizji są reklamy.
Wydaje mi się, że statystyczny Polak nie lubi reklam. Co przyjemnego jest w tym, że kiedy już na TVNie puszczą jakiś dobry film, to po pierwszych 10 minutach oglądania zostaniesz uraczony taką ilością spotów, że w tym czasie mógłbyś zbudować z zapałek model Titanica w skali 1;48 ? Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to nawet przydatne. Można skorzystać z toalety, zrobić sobie coś do picia, czy po prostu podrapać się po tyłku nie tracąc orientacji w akcji. Ale kiedy akurat nie musisz, ani nie chcesz nic robić podczas tej przerwy? Siedzisz więc i oglądasz te parszywe reklamy.
Da się przeżyć, jeśli trafisz na blok składający się z miksu reklam fajnych i tych neutralnych. Ale nie daj boże, jeśli jedna po drugiej na ekran wskoczy Jogobella, Orange, Coca-Cola czy Pedigree. Dwie pierwsze firmy są po prostu żałosne w swoich kampaniach reklamowych. No wybaczcie, ale dojrzałe kobiety ekscytujące się zajebistością owocków zrywanych PROSTO Z KRZACZKA nie zaczęcą mnie do kupna czegokolwiek. Nawet jeśli byłby to magnes na laski. Tak samo Ania "Slamerka" (co to w ogóle znaczy?! Ania jada szlam na śniadania, robi "slam" w mordę chłopakowi czy może "slamuje" z nóg swoją głupotą?) i jej upośledzone rymy nie przekonają mnie do kupienia komórki z paskudnym, pomarańczowym logo. Dzięki, wolę być dalej okradanym przez Plusa. Coca-Cola znalała się w tym zestawieniu za grzech spotu Coke Zero z "bohaterem". I za spot z idącymi po ulicy "fajnymi ziomami". Daaaaaaamn.
Bardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie, że pominąłem Pedigree. Jeśli się do nich (spostrzegawczych) nie zaliczasz, to może czas się wreszcie pożądnie wyspać?
Tak więc Pedigree podpadło jednym spotem. Niby tylko jedna nietrafiona reklamówka, a sprawiła, że chce mi się żygać widząc logo fimy. TAK PANOWIE Z MARKETINGU WW. FIRMY, STWORZYLIŚCIE NAJOBRZYDLIWSZĄ REKLAMĘ EVER! Gratulacje.
Nie będę już się nawet pastwił opisując, jakie dokładnie mam odczucia widząc to "dzieło". Po prostu zobaczcie sami i się domyślcie.
Debilizm i infantylność większości reklam boli mnie o tyle bardziej, że jest sporo dowodów na to, że reklama może faktycznie być ciekawa i przyciągać widza do telewizora. Przykłady? Plus z kabaterem Mumio, Sony... Nawet Biedronka ma świetne reklamy. Budżet pewnie 1000000 razy mniejszy od Coca-Coli a stworzyli coś 1000000 razy lepszego.
Moje przesłanie jest takie - telewizja jest do dupy. Ulubione seriale możesz mieć na ekranie swojego komputera dzięki internetowi. Oszczędź sobie nerwów, nie marnuj czasu, zaoszczędź trochę prądu - nie oglądaj telewizji. To szkodzi.
Mam na to twarde dowody...
"Throw away your television
Time to make this clean decision
Master waits for it's collision now
It's a repeat of a story told
It's a repeat and it's getting old(...)"
PS. Pomyślałem, że żeby nie być gołosłownym, zamieszczę linki do wspominanych przeze mnie złych reklam. Te dobre znajdźcie sobie sami : )
Orange i Ania "Slamerka"
Coke Zero i "fajne ziomki"
Coke Zero i "bohater"
Jogobella i "owoce z kszaszczszakakaska" niestety w polskiej wersji na YT nie występuje : (
Lipiec nie sprzyja niestety rozwojowi bazy czytelniczej mojego bloga , więc z następnym poważnym wpisem poczekam do połowy sierpnia. Nie lubię pisać "do szuflady" i nie po to ten blog założyłem.
Tymczasem dla wszystkich, którzy są jeszcze (już?) w domach i czasem tu zaglądają, mam pewien smakowity kąsek.
Radzę nie jeść przy oglądaniu. O staniu również nie ma mowy.
No, to delektujmy się dalej wakacyjnym lenistwem.
PS. Jeśli kiedyś bedziesz chciał znaleźć mojego bloga przez Google - wpisz "skejterskie chusty". n/c
Dobra, jest już lipiec, więc pora na pożądny wpis. Nie jakieś tam skity, śmieszne opowiastki i tym podobne bullshity na wrotkach. Pora na to, po co założyłem tego bloga. Gotowi? Mam nadzieję, że tak. Bo ja w gruncie rzeczy nie jestem. Pora na pojedynek dwóch wskrzeszonych po latach klasyków - AC/DC (z albumem Black Ice) i Guns N' Roses (z krążkiem Chinese Democracy). Dwa wielkie zespoły, które bez wątpienia miały ogromny wpływ na rozwój mojego muzycznego "ja". Brzmi ekstra? Jasne że tak. Nie może się nie udać? Może. Serio.
Śmieszny fakt dotyczący obu płyt - ich tytuły to oksymorony. Nie rób takich wielkich oczu - jak nie wiesz co to oksymoron to po prostu spytaj wikipedii. Technicznie Chinese Democracy do końca chyba oksymoronem nie jest, ale między bogiem a prawdą - widział ktoś ułamek demokracji w Chinach? Nikt? No właśnie.
Zacznijmy od Chinese Democracy, bo ta płyta wywołała we mnie skrajne emocje. Właściwie, to strasznie mnie zawiodła. Najzwyczajniej w świecie, moim skromnym zdaniem jest mega nieudana, przprodukowana, ma za mało chwytliwych melodii i zero dobrych tekstów. Dramat. Nigdy nie spodziewałbym się, że Axl, zatrzymując przy sobie taką markę, jaką jest Guns N' Roses odejdzie w 8278913279813% od starej, sprawdzonej i kochanej formuły na rzecz... właściwie nie wiem czego. Nie jestem w stanie zakwalifikować tego albumu pod żadny znany mi "odłam" rocka. Tu jakieś skrzypce, tam jakieś echa... Halo, za dużo tego! Gdyby płyta kończyła się na trzech pierwszych kawałkach - Chinese Democracy, Shackler's Revenge i Better to pewnie oceniłbym ją na jakieś 6.5/10. Te trzy najlepsze utwory, jednocześnie najwolniejsze (aczkolwiek nie w 100%) od udziwnień może nie są idealne, ale da się ich słuchać. Ba powiem więcej - Better to na prawdę fajny kawałek! Reszta? Jaka reszta?
To nie jest tak, że poświęciłem tej płycie za mało czasu. Wręcz przeciwnie.To jedyny album, który przesłuchałem "po dziennikarsku" - po prostu siadłem na tyłku i przez godzinę i dziewiętaście minut nie robiąc niczego innego wsłuchiwałem się w ten twór. Nigdy takiego czegoś nie robiłem, a tutaj proszę.
Trzeba Axlowi oddać, że mimo wieku nadal brzmi genialnie. Jego głos chyba na zawsze zostanie świeży i kropka. Nie zmienia to faktu, że wszystko zaśpiewane jest na potęgę niewyraźnie. Autentycznie, przez cały czas miałem powłączane w Operze teksty, żeby wiedzieć o co w ogóle chodzi. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby rozumieć tak mało ze słuchango kawałka. No cóż... Nowe tysiąclecie, nowe trendy?
Co do przeciwnika Chinese Democracy, Black Ice mogę od razu powiedzieć jedno - to jest dobry album. Dobry, przewidywalny krążek, zbliżony wydźwiękiem do kultowego Back In Black. Jest klasyczny do bólu - od pierwszego riffu (Rock n Roll Train - mniam!) wiesz, że słuchasz AC/DC. Wszystko brzmi jak powinno - gitary są klasycznie kąśliwe, nie slychać zanadto produkcyjnych udziwnień i wszystko zlewając się w jedną, spójną całość wlewa się w ucho sprawiając fanowi starego rocka mnóstwo radości.
Jasne, album (jak większość płyt australijczyków) cierpi na syndrom "jednego kopyta", ale zdecydowanie wolę to, niż tonę wepchniętej na siłę "nowoczesności". Co więcej AC/DC wydaje się cierpieć na zaniki pamięci. "Użyliśmy już zwrotu Rock N' Roll? W pierwszym kawałku? Niemożliwe, wrzuć to do jeszcze kilku tekstów, żeby wiedzieli, że dajemy czadu mimo wieku." Oraaaaaaajt.
Polecane utwory z Black Ice? Wszystkie. Serio, to jest na tyle dobry album, że warto go przesłuchać w całości, od początku do końca. Jeśli miałbym wybrać jakiś utwór, by zabrać go na odtwarzaczu w drodze na bezludną wyspę, to na pewno byłby to Rock N' Roll Train. Totalnie w stylu AC/DC, rytmiczny i na potęgę wpadający w ucho. Miodzio.
Żeby podsumować - GNR w XXI wieku się niestety nie odnalazło. AC/DC jak najbardziej. Głównie dzięki pozostaniu przy korzeniach, przy tym charakterysycznym brzmieniu, które uczyniło zespół kultowym i rozpoznawalnym na całym świecie. Axl, postanowił zupełnie to porzucić, co - moim zdaniem - na dobre Gunsom nie wyszlo.
FIN
PS Wat?
No, to już na miejscu. Lot samolotem linii RyanAir bardziej przypominał przejażdżkę żółto-kremowo-niebieskim autobusem dla karłów, niż faktyczny lot arcydziełem współczesnej techniki. O tym, co działo się na odprawie to już nawet nie wspomnę.
Jutro, pojutrze czy przy najbliższej okazji napiszę jakąś pełnoprawną notkę. Mam dziwne wrażenie że irolska ziemia pomoże mi przełamać writer's block i przelać trochę mądrych słów na klawiaturę. No chyba, że znajdę jakąś robotę.
Tymczasem zostawiam was z fajną nutą. Ot tak, bo jest fajna. Przekonajcie się, jak niewyraźnie można zaśpiewać i dalej stworzyć coś całkiem przyjemnego dla uszu. NIE TO CO CHINESE DEMOCRACY.
PS Coś czuję, że będę musiał się przyzwyczaić do deszczu...